wtorek, 12 stycznia 2010

Sweet..


Home sweet home - a raczej to, co tam dają! Z Anią, której w końcu udało się wpaść zjadłyśmy tonę spagetti carbonary, a potem lody z gęstym, słowackim ajerkoniakiem! Poza tym redsy malinowe.. matko, wybuchnę chyba..
Dzień w skrócie: kolega pokojowy przeszedł operację przeszczepu nerki dla swojego synka bez komplikacji, obaj mają się dobrze, małego przenieśli już do normalnej sali, A. jeszcze na ojomie, ale już wiadomo, że jest okey!! B się cieszę! M. też lepiej wygląda, uśmiechnięta znowu i radosna, ale ten prezencik był niepotrzebny, aż się boję założyć żeby nie zgubic, taki zgubialniczy pech mnie prześladuje ostatnio (Asiu kochana moja, tak mi przykro z powodu tego kolca i wkurw.. jestem sama na siebie!!!!).. Co poza tym?? P. mówił, że żona lepiej się czuje, ale poszła na zwolnienie po weekendowych przejściach...
Czyli wszystkim się jakoś prostuje wszystko to, co w zeszłym tygodniu/w wekend się połamało.. i dobrze! Bardzo dobrze! A ja (Asia, tu cytat dla Ciebie)'korzystając z chwili wolnego';) hahah - słucham Franka Kimono, bo poprawić humor poprawi jak nikt inny na youtubie:)
Tak sobie jeszcze dzisiaj myślałam, rozmawiając z Anią o mojej pracy w BT-Toyota.., starałam się w pamięci odnaleźc jakieś pozytywy, jakieś miłe chwile spędzone w tym szaro-czerwonym klocu, ale niestety, nic takiego nie miało miejsca! To niesamowite, ale jakże prawdziwe.. Ludzie - niefajni, układy, układziki - niefajne, zwierzchnicy - niefajni.. Nie, nie i jeszcze raz nie! Dlatego każdy dzień w miejscu gdzie obecnie tyrkam staram się doceniac tak bardzo, jak to tylko jest mozliwe:)!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz